To się nawet nikomu nie śniło!




Być może moja historia nie będzie się różnić od wielu innych. Jednak dla mnie Światowe Dni Młodzieży były czymś zupełnie niesamowitym.


Rok 2016 był jednym z najcięższych w moim życiu. Na początku nie chciałam angażować się w ŚDM. Chciałam pomagać, ale niekoniecznie jako wolontariusz, jak sobie wtedy wmawiałam - z powodu braku czasu. Owszem, bardzo cieszyłam się, że ŚDM zostały zorganizowane w Polsce, ale nie „ciągnęło” mnie do tych wydarzeń. W marcu odszedł także mój ukochany Dziadzio, który był dla mnie nie tylko dziadkiem, ale też przyjacielem. Mój świat się wtedy zawalił, nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca, a przez moją rozpacz stawałam się nieznośna dla przyjaciół i bliskich. Właśnie wtedy, gdy moja rozpacz sięgała zenitu, pojawiła się mała iskierka.


To było szaleństwo


Pewnego dnia moja mama poinformowała mnie, że rozmawiała z księdzem Tomkiem z naszej parafii, który zaproponował, bym zaangażowała się w organizację ŚDM w naszej parafii. Po bardzo długim namyśle stwierdziłam, że w sumie - co mi szkodzi. Przynajmniej zajmę czymś mojego zbolałego ducha. Przypuszczałam, że zostanę zwykłym wolontariuszem, pomogę i trochę się uśmiechnę. Jednak bardzo się wtedy myliłam.


Po kilku dniach dostałam wiadomość od księdza, z pytaniem czy nie chciałabym zostać przewodniczącą komitetu parafialnego. Przyznam szczerze, że najpierw wpadłam w panikę, lecz po chwili odpisałam zdecydowane: TAK! Wiedziałam, że pakuję się w totalną niewiadomą. Nie znałam mojej funkcji, ale wiedziałam, że mam wsparcie księdza Tomka, rodziny i przyjaciół, którzy też zaangażowali się w wolontariat.


Po mojej decyzji sprawy potoczyły się bardzo szybko: podpisywanie papierów, kursy, spotkania organizacyjne wolontariuszy, spotkania w urzędzie miasta, pakowanie pakietów pielgrzyma… Parafia na czele z księdzem Tomkiem utworzyła także Skwer ŚDM na naszym placu przykościelnym, który poświęcił sam bp Damian Muskus. Podczas uroczystości miałam okazję wygłosić przemówienie, co było dla mnie ogromnym wyzwaniem, gdyż jestem osobą bardzo nieśmiałą. Te wszystkie rzeczy pozwoliły mi przekonać się, że potrafię zrobić coś więcej i nawet mi to wychodzi.

Drzemka na krześle


No i w końcu stało się. Nadszedł ten wyczekiwany czas. Od samego rana znosiliśmy pakiety na przykościelny parking, zajmowaliśmy się pielgrzymami, którzy przyjechali wcześniej i stresowaliśmy tym, co za chwilę będzie się działo. I w końcu zaczęły zjeżdżać autobusy z pielgrzymami. Radości nie było końca. Część wolontariuszy rozdawała pakiety, a część dorwała gitarę i bębny, zaczynając śpiewać razem z pielgrzymami. Kiedy ostatni z pielgrzymów został już ulokowany, mogliśmy w końcu odetchnąć z ulgą i porozchodzić się do domów.


Niestety, przez całe ŚDM nie było mi dane zbyt dużo pospać, gdyż niejednokrotnie do trzeciej w nocy odbierałam jeszcze wiadomości od grup, które zapodziały się gdzieś w Krakowie, a wstawałam o szóstej rano, żeby pomagać przygotowywać śniadanie. Prowadziło to często do śmiesznych sytuacji, kiedy nie do końca wiedziałam co mówię i robię lub usypiałam na chwilkę na krześle (zdjęcie zrobione podczas mojej „drzemki” do tej pory krąży wśród znajomych). Do historii przeszły także rozgrywane w wolnym czasie na przyniesionym do naszego punktu laptopie misje w Heroes III. Takie rozwiązanie pozwalało się nam trochę wyluzować i jednocześnie cały czas być na miejscu, w razie gdyby ktoś potrzebował pomocy. Trzeba przyznać, że ŚDM obfitowały nie tylko we wzniosłe i piękne wydarzenia, ale także w te wesołe i zabawne.



Polały się łzy


Nam, wolontariuszom parafialnym niestety ciężko było dostać się na główne wydarzenia, ponieważ ktoś musiał czuwać na miejscu. Dlatego wypracowaliśmy system, w którym część osób wyjeżdżała do Krakowa, a część pilnowała wszystkiego na parafii. Ja sama nie spodziewałam się, że pojadę w którykolwiek dzień do Krakowa. Dlatego kolejną niesamowitą niespodzianką było to, że przyjaciółka załatwiła kilku z nas bilety na czuwanie z papieżem Franciszkiem tuż przy Ołtarzu! Polały się łzy szczęścia, radość była nie do opisania!


Po raz kolejny Pan Bóg czuwał, gdyż udało się zorganizować wszystko tak, że w sobotę z samego rana pojechaliśmy na Brzegi. Przybyliśmy na długo przed czasem, gdyż najpierw trzeba było przebyć kawał drogi i przejść przez bramki BOR-u. Przedzierając się przez kolejne, puste jeszcze sektory, spotkaliśmy się z niesamowitą ludzką życzliwością. Ochroniarz, widząc nasze umęczone miny po tym jak odesłał nas do kolejnego, oddalonego o kilometr namiotu, wcisnął każdemu do plecaka baton energetyczny i podarował sok na drogę. Trzeba przyznać, że po tym incydencie każdemu z nas jakoś raźniej i radośniej się szło.


Samo czuwanie było czymś nie do opisania. Niesamowite skupienie i tyle młodych dusz złączonych w jednej modlitwie. Całe wydarzenie przepłakane na przemian łzami szczęścia, radości ale też smutku i bezsilności. Po czuwaniu jednak moje troski zostały jakby odsunięte, uporządkowane. To było niesamowite i będę wspominać to do końca życia. Poczułam wtedy jak Pan Bóg pilnuje mnie i przytula do siebie. Czułam wtedy także mocno, jak nigdy wcześniej, obecność mojego zmarłego przed kilkoma miesiącami Dziadzia, mojego Anioła, który ciągle przy mnie czuwa i na pewno cieszy się, że w tamtym czasie odczułam tą niesamowitą radość.


Młodość i siła


Po czuwaniu część z nas wybrała się do domów, by na następny dzień być już z powrotem na parafii i móc zastąpić innych. Czekało nas nie lada wyzwanie, gdyż uciekł nam ostatni pociąg, a kolejny odjeżdżał dopiero po piątej rano! Podjęliśmy decyzję, że zwiedzimy Kraków nocą i tak też uczyniliśmy. Spotkaliśmy pielgrzymów i ludzi, którzy chcieli sobie z nami robić zdjęcia, śpiewaliśmy i wygłupialiśmy się. Po przyjeździe do domu, wieczorem odprawiliśmy pierwsze autobusy z pielgrzymami i powoli przygotowywaliśmy psychicznie do tego, że ten cudowny czas właśnie się kończy. Ze łzami w oczach musiałam także pożegnać moich nowych przyjaciół z Belgii, których gościliśmy u nas w domu. Pomimo tylko kilku dni spędzonych razem, zdążyliśmy się bardzo zżyć i ciężko było się rozstać (na szczęście ciągle utrzymujemy kontakt). Po pożegnaniu ostatnich pielgrzymów nadszedł czas na uroczyste śniadanie i podziękowanie dla wolontariuszy, którzy brali udział w tych niesamowitych wydarzeniach. Potem z radością w sercu rozeszliśmy się do domów.


Historia ta jest pewnie bardzo podobna do setek innych historii wolontariuszy. Jest w niej dużo ciepła, radości, przyjaźni i nadziei. Dlaczego? Ponieważ takie właśnie były Światowe Dni Młodzieży. Były pięknem i miłosierdziem. Były radością i wdzięcznością widoczną w oczach pielgrzymów. Pomogły zawiązać i umacniać przyjaźnie wśród ludzi. Były w końcu nadzieją na to, że Kościół cały czas taki będzie. Miłosierny, radosny, przyjazny, pełen Boga. A przede wszystkim młody i silny, by dawał przykład, że można wstać z kanapy i robić wielkie rzeczy, które się nikomu nie śniły!

 

Julia



Świadectwo nadesłane do książki "Młodość - projekt życia", która opisuje ludzkie doświadczenie działania, relacji i wspólnoty podczas ŚDM. Jednocześnie, poprzez komentarze teologów i biblisty oraz dodatkowe materiały, podpowiada, co można zrobić, by trwało ono w naszych środowiskach. Więcej o projekcie przeczytasz TUTAJ.