Madagaskar w Jaworznej



 

Rozpoczynając spisywanie wspomnień z pobytu Malgaszy w Jaworznej podczas ŚDM, wiedziałam, że nie będzie to łatwe zadanie. W końcu jak streścić jeden z najbardziej intensywnych i niezapomnianych okresów w historii naszej małej wspólnoty? Wtedy dotarło do mnie, że samo pojawienie się pomysłu przyjazdu Malgaszy do naszej parafii, było poprzeczką postawioną bardzo wysoko. Teraz nie wolno nam jej obniżać.

 

Osiągnąć nieosiągalne

Patrząc na mapę i odległość jaka dzieli Polskę i Madagaskar, niełatwo sobie wyobrazić, że przyjazd pielgrzymów z tego kraju okazał się dużym wyzwaniem logistycznym. Ksiądz Kazimierz Bukowiec, misjonarz z Jaworznej pracujący w odległym Fort-Dauphin, chciał zabrać do swojej ojczyzny jak najwięcej młodych osób. Jaworzna zaczęła działać.

Jednym z celów ŚDM było powstanie i ożywienie grup młodzieżowych i tak również stało się w naszej parafii. Madagaskar stał się cementem spajającym młodych. Rozpoczęły się zbiórki finansowe, kiermasze i inne akcje, które miały na celu wsparcie przyjazdu Malgaszy. Zaangażowanie parafian i innych ofiarodawców było ogromne i przerosło nasze oczekiwania. Marzenie zaczęło stawać się rzeczywistością.  

 

Chłodne powitanie

W końcu nadszedł dzień, kiedy Ksiądz Kazimierz razem z grupą jedenastu Malgaszy dotarł do Jaworznej. Choć mieliśmy lipiec, w ten dzień było pochmurnie, zimno i deszczowo. Dla naszych gości przyzwyczajonych do upałów, musiała to być niemiła niespodzianka. Postaraliśmy się zatem, aby gorące powitanie jakoś im to wynagrodziło.

W środę 21 lipca w naszym małym kościele panowała niezwykła atmosfera. Był to moment pierwszego oficjalnego spotkania młodzieży z Polski i Madagaskaru. Trudno opisać uczucia, które nam wtedy towarzyszyły. Była to mieszanka wielkiej radości z odrobiną strachu. Moment poznania nie zawsze jest bowiem łatwy. Gdy dodaliśmy do tego barierę językową i różnice kulturowe, zadanie wydawało się jeszcze trudniejsze. Na szczęście obawy pozostały tylko obawami.

Po Mszy Świętej mieliśmy okazję zamienić z Malgaszami pierwsze słowa. Łamanym angielskim czy francuskim, za pomocą Google Tłumacza czy nawet na migi, udało nam się przedstawić się sobie nawzajem, chociaż zapamiętanie imion naszych pielgrzymów nie było takie łatwe. Również Malgasze toczyli nierówną walkę z wymawianiem niektórych polskich imion. Wieczorem udaliśmy się na grill zorganizowany przez panią Małgorzatę, właścicielkę gospodarstwa agroturystycznego, gdzie mieszkali pielgrzymi. Kiedy po pełnym wrażeń dniu, wieczorem wychodziliśmy z miejsca spotkania, Malgasze byli już „naszymi Malgaszami”.

 

„Malgaski styl życia” i „fotofejsbuk”

Kolejne dni Tygodnia Misyjnego upływały nam na wspólnych wyprawach. Pieszo pokonywaliśmy wiele kilometrów, mieliśmy zatem dużo czasu na rozmowy i integrację. Malgasze zachwycali się polskimi krajobrazami. W przeciwieństwie do Polaków, nigdy się nie spieszyli. Czasami, zmuszeni przestrzegać narzuconego harmonogramu, mieliśmy niewdzięczne zadanie poganiania naszych pielgrzymów. Wówczas zawsze patrzyli na nas przepraszającym wzrokiem, jakby bali się sprawiać nam jakikolwiek kłopot. Zauważyłam, że później Malgasze poganiali samych siebie, co budziło we mnie wyrzuty sumienia. Oni po prostu cieszyli się każdą chwilą, bez ciągłego zerkania na zegarek.

Myślę, że dzięki Malgaszom, zaczęliśmy doceniać swoje życie. Do tej pory pamiętam słowa Hari, która zazdrościła nam, że w Polsce możemy otwarcie i bez prześladowań wyznawać wiarę. Na Madagaskarze w dużej mierze zależało to od ludzi, którzy znajdowali się przy władzy. Jeśli byli to zwolennicy Islamu, chrześcijanom żyło się ciężej. Marzeniem Hari było zamieszkać w Polsce. Zresztą nie tylko ona wyrażała taką chęć. Była to dla nas ważna lekcja. Żyjąc wygodnie, często nie zdajemy sobie sprawy z ogromu szczęścia jakie mamy. Dzięki Malgaszom mogliśmy sobie o tym przypomnieć.

Nasi pielgrzymi chcieli uwiecznić każdą chwilę spędzoną w Polsce, dlatego robienie ogromnej liczby zdjęć było na porządku dziennym. Szczególnie popularne okazały się „selfie”. Słówko „fotofejsbuk”, określające wykonywanie zdjęcie, na stałe weszło do naszego polsko-malgaskiego słowniczka. 

 

Entuzjazm wiary

W każdy pierwszy piątek miesiąca w Jaworznej młodzież prowadzi wieczorne czuwania. Pierwszy piątek miesiąca sierpnia przypadł na czas, kiedy w parafii przebywali Malgasze. Wspólnie adorowaliśmy Najświętszy Sakrament. Śpiewaliśmy, klaskaliśmy. Czciliśmy Chrystusa w radosnej atmosferze. Tak właśnie czynią to Malgasze. W Polsce często spotykamy się z obrazem podniosłego Kościoła, na naszych twarzach często widać smutek. Malgasze pokazali nam jak w piękny, radosny sposób można oddać chwałę Bogu. Pokazali nam, że chrześcijanin powinien być człowiekiem, od którego bije radość, bo wiara powinna nam właśnie tę radość dawać.

Cała wspólnota zachwycała się śpiewem naszych pielgrzymów, jednak Malgasze urzekli nas jeszcze czymś. Przed przyjazdem do Polski nauczyli się kilku pieśni w naszym języku. „Oto jest dzień, który dał nam Pan” można spokojnie nazwać już jaworzańsko-malgaskim kanonem muzycznym. Podobnie jak i malgaską wersję pieśni „Święty święty” – „Masina masina”, którą w Jaworznej śpiewamy je do tej pory.

 

ŚDM trwają dalej

W dzień oficjalnego pożegnania Malgaszy popłynęło wiele łez. Były to łzy smutku, ale też i łzy radości. Chociaż ciężko było nam się rozstać, wiedzieliśmy, że wspólnie spędzony czas był dla nas niezwykłym darem. Na parafialnym pożegnalnym grillu pojawiła się prawie cała wspólnota, począwszy od najmłodszych do najstarszych jej członków. Nawiązaliśmy trwałe znajomości i choć od ŚDM minęło już ponad pół roku, nadal mamy silny kontakt z Malgaszami. Pomimo, że dzielą nas tysiące kilometrów, czujemy jakby wciąż byli tu z nami.

 

Aneta Rosiek

Parafia Jaworzna